Pojechałem tam, gdzie nikt mnie nie zna. I nic
Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki
Sobota, dziewiąta rano, pociąg. Bilet kupiłeś w środę, żeby już nie było odwrotu.
Godzina drogi. Wysiadasz w mieście, w którym nie znasz nikogo. Ani jednej osoby. Nikt cię tu nie zaczepi, nikt nie powie w poniedziałek „widziałem cię wczoraj na rynku, co ty tam robiłeś”.
To był cały plan i wcale nie był głupi. Od zawsze wydawało ci się, że gdyby nie ci wszyscy ludzie dookoła, którzy patrzą i znają cię z widzenia, dałbyś radę.
Chodzisz. Rynek, deptak, park, kawa, znowu rynek. Ciepło, sobota, ludzi pełno.
O osiemnastej idziesz na dworzec.
Nie podszedłeś ani razu. W mieście, w którym nikt cię nie zna.
Trzy najuczciwsze słowa tego dnia
Pociąg powrotny, czoło przy szybie, za oknem przelatują ciemne pola. W głowie masz jedno zdanie. Tak bardzo chciałem podejść. Bałem się, tylko nie wiem czego.
„Nie wiem czego.” Trzy słowa, a mieści się w nich właściwie wszystko.
Szukasz tego. Chcesz mieć nazwę, powód, coś, co da się pokazać palcem, a potem usunąć. Nie znajdujesz.
Świadkowie odpadli, a ty dalej stałeś
Zrobiłeś coś, czego prawie nikt nie robi. Wziąłeś jedną rzecz, o której byłeś przekonany, że jest przyczyną, i sprawdziłeś ją naprawdę. Zapłaciłeś biletem, wcześnie wstałeś, oddałeś za to całą sobotę.
Dostałeś odpowiedź. Inną niż ta, po którą jechałeś.
Odpowiedź brzmi: problemem nie byli oni.
To wcale nie musi być zła wiadomość. Za ten bilet kupiłeś odpowiedź, której większość ludzi nie kupuje nigdy. Chodzą latami z przekonaniem, że winne jest miasto, dzielnica, robota, wzrost albo to, że tu wszyscy się znają. Ty już to sprawdziłeś. Możesz przestać szukać na zewnątrz.
To, co się dzieje na tamtym rynku, trwa dwie sekundy i wygląda za każdym razem tak samo. Widzisz kogoś. Coś w środku mówi „teraz”. I zaraz potem głowa prosi o jeszcze chwilę. Jeszcze pięć kroków, jeszcze aż minie ten sklep, jeszcze aż przełknę ślinę. Ona przechodzi dalej.
I wtedy przychodzi ulga.
Ta ulga dużo wyjaśnia. Po każdym niepodejściu jest ci przez moment lepiej. Dostajesz nagrodę za to, że nic nie zrobiłeś, więc następnym razem jeszcze łatwiej odpuścić. Powtarzasz to dziesięć razy w ciągu dnia i wieczorem na dworcu jesteś zmęczony jak po pracy, chociaż z zewnątrz nie wydarzyło się kompletnie nic.
Nowe miasto tego nie ruszyło, bo to działa tak samo wszędzie. Te dwie sekundy przed odezwaniem się nie wiedzą, czy jesteś sto kilometrów od domu, czy dwieście metrów.
W pewnym momencie przestaje to wyglądać na zwykłą nieśmiałość. Nieśmiały człowiek nie planuje wyjazdu tydzień wcześniej i nie kupuje biletu w środę, żeby odciąć sobie odwrót. Ty chciałeś. Chcenia było aż za dużo.
Zostaje czekanie na dobry moment. Taki, w którym wreszcie poczujesz się gotowy. No i możesz czekać, ale to uczucie zwykle przychodzi po zrobieniu rzeczy, a nie przed nią. Kolejność jest właśnie taka.
Dwieście metrów od domu, jutro o ustalonej godzinie
Skoro świadkowie nie byli problemem, przestań za nich płacić. Żadnych wyjazdów, przygotowań i bezpiecznych miast. Jutro robisz to dwieście metrów od domu.
Sklep, piekarnia, kiosk, kawiarnia, gdzie chodzisz od lat i gdzie znają cię z widzenia. To miejsce jest teraz zaletą. Nie da się z niego zrobić wyprawy, nie ma czego pakować i nie ma po co wstawać wcześnie.
Godzinę ustalasz dzisiaj. Powiedzmy osiemnasta. Nastawiasz budzik w telefonie, jedno kliknięcie, teraz, zanim skończysz czytać.
O osiemnastej wychodzisz. Nie sprawdzasz, jak się czujesz. Sprawdzanie, jak się czujesz jest tym samym czekaniem na dobry moment, tyle że w wersji domowej. Niech tym razem zdecyduje godzina, bo ty decydowałeś przez lata i wiesz już, jak to się kończy.
Na miejscu mówisz jedno zdanie ponad to, co konieczne. „Dzień dobry” i „dziękuję” nie liczą się, bo to i tak mówisz. Ma być jedno zdanie więcej, o niczym.
„Ale dzisiaj urwanie głowy, co?”
„Leje od rana, siedzi pani tu do której?”
Zdanie ma paść w pierwszych trzydziestu sekundach, zanim zdążysz je rozważyć. Rozważanie jest tym miejscem, w którym to zawsze umiera, więc nie dajesz mu czasu.
Potem wracasz do domu. Tyle. Nie ma drugiej części tego zadania i nie ma nic do przeanalizowania po drodze.
Za tydzień to samo miejsce, ta sama godzina. O to chodzi, żeby odezwanie się do obcego człowieka przestało być wydarzeniem, na które się jedzie pociągiem.
Skoro to nie byli ludzie dookoła, to co ci jeszcze zostało do usunięcia?
Czytaj dalej: strach przed tym, co powiedzą ludzie dookoła oraz Nie boisz się, a i tak przechodzisz obok bez słowa. Po kolei opisuje to poradnik Randki po trzydziestce. Ten temat rozwija książka „Trzy spotkania”.