Boję się zagadać do dziewczyny. Te dwie minuty obok niej
Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki
Stoisz w kolejce do kasy. Ona jest dwie osoby przed tobą. Nie robi nic szczególnego, przekłada zakupy na taśmę, zerka w telefon. Chcesz do niej zagadać i boisz się bardziej, niż wypada się przyznać.
Ty przez te dwie minuty nie patrzysz nigdzie indziej.
W głowie masz gotowe zdanie. Nic mądrego, coś o kolejce albo o tym, że znowu czynna jest jedna kasa. Trzymasz je tak, jakbyś miał je za moment powiedzieć.
Nie mówisz.
Ona płaci, bierze siatkę, wychodzi. Ty płacisz po niej, wychodzisz na parking i dopiero tam wraca ci głos. Powtarzasz sobie to zdanie w aucie, całkiem gładko zresztą. Tylko do nikogo.
Potem jest droga do domu i wiesz dokładnie, o czym myślisz przez całą tę drogę.
Że to było jedno zdanie. Że nikomu by się nic nie stało. Że gdyby kolega opowiedział ci to samo o sobie, powiedziałbyś mu, że robi problem z niczego.
I że jutro będzie tak samo.
To nie zaczyna się przy niej
Sprawdź coś. Kiedy ostatnio zapytałeś obcego człowieka o cokolwiek, o co nie musiałeś pytać.
Na przystanku wolisz sprawdzić w telefonie, niż zapytać faceta obok, czy ten autobus już był. W windzie z sąsiadem patrzysz w wyświetlacz. W sklepie idziesz do kasy samoobsługowej, chociaż przy zwykłej nie ma nikogo. Przed telefonem do przychodni układasz sobie w głowie pierwsze zdanie.
To wszystko dzieje się bez żadnej dziewczyny w pobliżu, czyli nie chodzi tu o samą nieśmiałość przy kobietach.
W żadnej z tych sytuacji nie próbujesz zrobić wrażenia. Kasjerce jest wszystko jedno. Sąsiad wysiada piętro niżej i tyle go widzisz, a facet na przystanku za dziesięć minut nie będzie pamiętał twojej twarzy. I co? I tak nic nie mówisz.
Ona nie jest początkiem tej sprawy. Jest miejscem, w którym boli najbardziej, bo przy niej stawka idzie w górę, a jak widujesz ją co tydzień w tym samym miejscu, rośnie z każdym tygodniem. Ale mechanizm chodzi cały dzień. Przy kurierze, przy kasjerze, przy człowieku na klatce.
Dlatego rada „po prostu podejdź” spływa po tobie i nic nie zostaje. Ktoś ci mówi, żebyś zrobił na ostatnim metrze coś, czego nie robisz na żadnym wcześniejszym.
Ile dziewczyn minąłeś w tym tygodniu? Pod biurowcem, w tramwaju, w kolejce po kawę. Pewnie kilkadziesiąt, bo dużo jesteś na mieście. Przy kilku pomyślałeś, że mógłbyś zagadać, i przy każdej zatrzymała cię ta sama myśl: a jak ona zareaguje.
Tak to wygląda u bardzo wielu facetów i nic się w tym nie zestarzało. Gdybyś napisał to dziś w dowolnej grupie, połowa kiwnęłaby głową.
Wpisujesz to w Google i nie ma tam ciebie
Zrób test. Wpisz w wyszukiwarkę „boję się zagadać do dziewczyny” i przeczytaj pierwszą stronę wyników.
Większość wyników wygląda, jakby była pisana do kogoś innego. Teksty ogólne, poradnikowe, ułożone tak, żeby pasowały do każdego, czyli do nikogo.
Wpisujesz własnymi słowami dokładnie to, co czujesz, i dostajesz stronę, na której ciebie nie ma.
To nie jest przypadek. Ten temat po prostu nie ma swojego miejsca. Facet, który stoi dwie minuty obok kogoś i nic nie mówi, nie napisze o tym posta pod imieniem i nazwiskiem. Nie powie tego kumplom przy piwie. Wpisze to w wyszukiwarkę o drugiej w nocy, przeczyta coś o czymś innym i zamknie laptopa.
Łatwo tu pomylić dwie rzeczy.
Nie stoisz, bo nie znasz odpowiedniego zdania. Zdanie miałeś gotowe już w kolejce.
Stoisz, bo robisz to sam.
Nikt nie widział, że tam byłeś. Nikt nie wie, że przez te dwie minuty coś się w tobie działo. Jedyny raport z tego wieczoru powstaje w twojej głowie po drodze do domu, a ta głowa ma w tej sprawie jedną wersję: znowu nie dałeś rady. Ten sam raport wraca potem, kiedy nie odpisała.
Jak ktoś jest obok, raport wygląda inaczej. „Byłem, nie podszedłem” powiedziane na głos drugiemu człowiekowi przestaje być wyrokiem i robi się zwykłym zdaniem o wczorajszym dniu. To nie jest pocieszanie. To jest jedyna rzecz, przez którą wracasz tam za tydzień.
Albo druga wersja, też pewnie ci znana. Obiecujesz sobie, że od jutra będzie inaczej. Obiecujesz to po raz dwudziesty i dalej brakuje ci odwagi.
Brzmi znajomo?
Takie obietnice nie padają z braku charakteru. Padają dlatego, że składasz je sobie sam, w nocy, i sam siebie z nich rozliczasz. Rzeczy, o których nikt poza tobą nie wie, najłatwiej odpuścić gdzieś w trzecim tygodniu. Nikt nie zauważy, więc nie ma nawet komu być głupio.
Jedno zdanie do powiedzenia jutro
Jedna rzecz. Żadnego planu na miesiąc.
Jutro, przy kasie albo w kiosku, powiedz jedno zdanie, które nie jest o zakupach. Do kogokolwiek tam stoi. Facet, kobieta, dwadzieścia lat, sześćdziesiąt, bez znaczenia.
„Ale dzisiaj urwanie głowy u was.” „Ta kolejka to chyba rekord.”
Tyle.
Nie musisz się uśmiechać w konkretny sposób ani patrzeć w oczy przez określony czas. Nie musisz mieć nic ciekawego do powiedzenia. Zdanie może być głupie. Głos może ci drgnąć w połowie. To się liczy tak samo.
Jak druga osoba odburknie albo w ogóle nie odpowie, to też się liczy. Zadanie kończy się w chwili, w której powiedziałeś, a nie w chwili, w której ktoś ci ładnie odpowiedział. Od tej różnicy zależy, czy jutro zrobisz to jeszcze raz.
Nie szykujesz się tu do żadnego wielkiego aktu odwagi, bo nie ma czego przegrać. Człowiek za kasą i tak z tobą rozmawia. Dokładasz jedno zdanie ponad to, co musisz powiedzieć. I tyle.
Zrób to trzy razy w tygodniu, a po miesiącu odezwanie się do obcego człowieka przestaje być wydarzeniem. Wtedy ta kolejka wygląda inaczej. Pewność siebie nie urosła ci nagle przez noc. Po prostu mówienie do obcych ludzi stało się czymś, co robisz.
Ile razy w tym miesiącu miałeś gotowe zdanie i powiedziałeś je dopiero na parkingu?
Czytaj dalej: Pustka w głowie i blokada przed podejściem do kobiety oraz Widujesz ją od pół roku i dalej nie powiedziałeś cześć. Szerzej i po kolei opisuje to poradnik Randki po trzydziestce. Ten temat rozwija książka „Trzy spotkania”.