Gdzie się podziali kumple. Jak znaleźć przyjaciół po 30
Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki
Sobota, wpół do dziesiątej rano. Kawa, kuchnia, telefon wibruje na blacie. Przez chwilę myślisz, że to ktoś z kumpli, z którymi kiedyś widywałeś się co tydzień.
Grupa na Messengerze, ta sama od siedmiu lat. Ktoś wrzucił filmik. Ktoś inny dał „haha”. Trzeci dał kciuk. Koniec rozmowy, do następnego filmiku.
Odkładasz telefon i myślisz, że spoko, przynajmniej jeszcze się odzywają.
Tyle że trudno nazwać to odzywaniem się. Trzy kciuki pod czymś, czego nikt nie obejrzał do końca, i po sprawie.
Spróbuj sobie teraz przypomnieć, kiedy ostatnio któryś z nich powiedział ci coś, czego nie wiedziałeś. Nie o robocie, nie o meczu. O sobie.
I kiedy ty ostatnio powiedziałeś im coś takiego.
Nikt tego nie ogłosił, po prostu przestaliście
Kiedyś to szło samo. Liceum, studia, pierwsza praca, obojętnie. Wychodziłeś z domu bez planu, wpadałeś do jednego, u niego siedziało dwóch innych, ktoś rzucił, że idziemy, i szliście. Nie umawiałeś się z nikim na dwa tygodnie do przodu. Po prostu byliście codziennie w tych samych miejscach.
Potem te miejsca zniknęły. I nie było żadnego dnia, w którym ktokolwiek powiedział „no to się rozchodzimy”. Jeden zmienił miasto. Drugi wziął kredyt i zaczął brać soboty. Trzeci ma małe dziecko i pada o dwudziestej. Ty zmieniłeś godziny pracy.
Nagle piwo w piątek trzeba planować. Pisać, dopytywać, przekładać, potem ktoś odpisuje w środę „sorry, nie wyrobię się”, i tak trzy razy z rzędu, aż przestajesz pisać, bo po co.
To się nie stało przez ciebie. Ale stało się.
Faceci trzymają się razem, kiedy mają wspólne miejsce i wspólny powód. Ta sama sala, ten sam grafik, treningi we wtorki, ten sam szef, na którego można ponarzekać. Zabierz ten powód, a kontakt schodzi do filmików. Nikt nie dzwoni bez sprawy. Bo dzwonienie bez sprawy wygląda dziwnie, i obaj tak myślicie, i dlatego żaden nie dzwoni.
Wracasz w niedzielę z wesela kuzyna, gdzie przez kilka godzin było głośno i ktoś cię klepał po plecach. Zamykasz drzwi mieszkania i jest tak samo cicho jak w piątek.
Albo idziesz przez własne osiedle, mijasz sklep, przystanek, siłownię, i nikt ci nie macha. Mieszkasz tu od lat, a mógłbyś być przezroczysty.
Mało który facet nazwie to samotnością. Powie raczej, że ma problem z dziewczynami, i zacznie szukać porad o podrywie. Tylko że pod spodem chodzi o to samo.
Bo kiedy nie masz nikogo, komu opowiadasz swój tydzień, ten tydzień zaczyna się gdzieś zbierać. I potem idziesz na jedno spotkanie z jedną osobą, którą ledwo znasz, i przez godzinę próbujesz wyłożyć na stół wszystko, czego nie powiedziałeś nikomu od trzech lat.
Jeden wieczór tego nie uniesie. Nie dlatego, że ktoś cię za to oceni. Dlatego, że tyle po prostu nie mieści się w jednym wieczorze.
Ta branża od dwudziestu lat mówi ci, żebyś radził sobie sam
Wejdź w dowolny kanał z tej niszy w Polsce. Obietnica jest wszędzie ta sama: masz być samowystarczalny. Nikogo nie potrzebujesz. Nie tłumacz się nikomu, nie mów nikomu, nad czym pracujesz, bo się wygadają albo wyśmieją.
Brzmi twardo, dlatego się sprzedaje. A co z tego wychodzi?
Wychodzi z tego facet, który zna już wszystkie odpowiedzi i nie ma ani jednej osoby, której może powiedzieć, że dzisiaj stał dwie minuty obok kogoś i nie odezwał się.
Sam siebie ocenia. Sam siebie rozgrzesza. Sam sobie tłumaczy, że dzisiaj nie ten dzień, albo że jeszcze poczeka, aż ona się rozstanie. I nikt nigdy nie zauważy, że go nie było, bo nikt nie wiedział, że miał być.
Rada „nie mów nikomu” jest w tym wszystkim najgorsza. Wstyd trzyma cię w miejscu najmocniej ze wszystkiego, a ta rada każe ci go pielęgnować i zamknąć na klucz.
Druga rzecz. W tej niszy każdy gra do swojej bramki. Jeden mówi, że wie wszystko, drugi, że wie więcej, i żaden nie zaproponuje, żeby zrobić coś razem. Każdy ma dać radę sam. Paczki z tego nie będzie. Będzie sala ludzi, którzy siedzą do siebie tyłem.
Tobie nie brakuje kolejnego materiału. Brakuje ci dwóch, trzech ludzi, którzy wyjdą z tobą i nie będą się śmiać, jak nie wyjdzie.
Jeden telefon, nie dziesięć
Nie odbudujesz paczki w tym tygodniu. Spokojnie.
Zrób jedną rzecz.
Wybierz kumpla, z którym nie gadałeś od roku. Nie najbliższego. Nie tego, z którym jest najwięcej do wyjaśnienia. Kogokolwiek, z kim kiedyś było normalnie i po prostu się urwało.
Zadzwoń. Nie napisz, zadzwoń.
Wiadomość daje wam obu wyjście. On odpisze „o, siema, trzeba się kiedyś spotkać” i na tym się skończy, bo tak kończy się większość takich wiadomości. Telefon tego nie daje. Telefon trwa cztery minuty i po tych czterech minutach coś jest ustalone albo nie jest.
Powiedz konkret. Nie „może byśmy się kiedyś”, tylko dzień, godzina, miejsce.
„Czwartek, dziewiętnasta, ten bar koło ronda. Ja stawiam pierwsze.”
Jak zapyta, o co chodzi, powiedz prawdę: że dawno nie gadaliście i tyle. Nie musisz mówić nic o tym, że cokolwiek czytasz albo nad czymkolwiek pracujesz. To nie jest rozmowa o tobie. To jest czwartek.
Może się nie odezwać. Może mieć zmianę. Wtedy dzwonisz do następnego, w piątek albo za tydzień. To nie jest odrzucenie, to jest grafik dwóch dorosłych ludzi.
Jak już przy tym stole usiądziecie, nie musisz nic z siebie wyciskać. Pierwszy raz będzie o robocie, o kredycie i o tym, kto z klasy utył. Spoko. Drugi raz pewnie też.
Dopiero przy trzecim albo piątym takim czwartku rzucisz mimochodem coś prawdziwego. Może usłyszysz „ja mam tak samo”. Może nie usłyszysz nic i zmienicie temat. Jedno i drugie jest lepsze od tego, co masz teraz, bo teraz nie mówisz tego nikomu.
Tak się to odbudowuje. Nie od dziesięciu ludzi naraz. Od jednego czwartku.
Do kogo dzwonisz? Masz już tę osobę w głowie, czy dopiero zacząłeś przewijać kontakty?
Czytaj dalej: Nie masz z kim wyjść na miasto. Jak znaleźć jedną osobę oraz Samotny wilk to produkt, który ktoś ci sprzedał. Szerzej i po kolei opisuje to poradnik Skąd wziąć znajomych po trzydziestce. Ten temat rozwija książka „Paczka”.