Przejdź do treści

Blogok. 5 min czytania

Nie odpisała. Co teraz, kiedy nagle przestała pisać

Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki

Wtorek, dwadzieścia po dwudziestej trzeciej. Leżysz w łóżku, telefon na klatce piersiowej, ekranem do góry. Od sześciu godzin nie odpisała, a ty po raz kolejny zastanawiasz się, co teraz.

Otwierasz rozmowę. Twoja ostatnia wiadomość poszła o siedemnastej dwanaście. Dwa ptaszki, przeczytane, i nic.

Więc przewijasz do samej góry i czytasz wszystko od początku jak zeznanie. Tu było dobrze. Tu odpisywała po minucie. Tu odpisała po trzech godzinach, i to chyba tutaj się zaczęło. Albo nie, może wcześniej, przy tym żarcie, który nie wyszedł.

Zamykasz telefon. Za dwie minuty otwierasz znowu.

Następnego dnia w pracy wyciągasz go co pół godziny, chociaż wiesz, że nic nie przyszło, bo przecież usłyszałbyś. I tak sprawdzasz.

Problem nie zaczął się przy zagadaniu. Zagadałeś. Masz numer, masz rozmowę, masz nawet trzy dni, w których szło dobrze. Tylko teraz jest cisza i nie wiesz, w którym miejscu to się zepsuło.

Trudniejsze jest to, co po zagadaniu

Wydaje się, że najtrudniejsze jest podejście. A jak się dobrze przyjrzeć, najwięcej nerwów idzie na to, co dzieje się po nim.

Przestała pisać, urwało się, było dobrze i nagle nie ma.

To ten moment kradnie najwięcej wieczorów. I nie tylko twoich.

Ludzie myślą, że ich problemem jest zagadanie. Bo zagadanie widać, jest strachem na jeden konkretny moment i łatwo je sobie wyobrazić. A potem okazuje się, że najwięcej godzin w życiu zjada im nie to jedno podejście, tylko dwa tygodnie rozkminy po tym, jak ktoś przestał odpisywać.

Stoisz pod prysznicem i odtwarzasz w głowie wiadomość z niedzieli. Może była za długa. Może ten mem z kotem był niepotrzebny. Może trzeba było zapytać o jej rozmowę o pracę, skoro wspominała o niej w piątek.

Na siłowni robisz serię na ławce i liczysz nie powtórzenia, tylko godziny od jej ostatniego „haha”.

Rozkładanie tego na części to nie jest myślenie

Analiza po fakcie potrafi udawać pracę naprawdę nieźle. Siedzisz, czytasz, wyciągasz wnioski, czujesz, że nad czymś pracujesz. Rano wstajesz zmęczony, jakbyś coś załatwił.

Nie załatwiłeś. Bo nie masz danych.

Masz jedną stronę rozmowy i własną głowę o dwudziestej trzeciej. Nie wiesz, czy ma ciężki tydzień w pracy, czy wrócił jej były, czy pisze równolegle do trzech osób, czy po prostu jej się odechciało i nie potrafi tego napisać wprost. Żadna z tych rzeczy nie jest zapisana w waszym czacie. Możesz go czytać jeszcze dziesięć razy i nie wyjmiesz stamtąd niczego, czego tam nie ma.

To działa dokładnie tak samo jak z tą jedną nieudaną rozmową na mieście, którą przerabiasz przez trzy dni. Za każdym razem przechodzisz to od nowa i za każdym razem boli tak samo, tylko cieniej.

A teraz najważniejsze. Ty to wszystko robisz w środku własnej głowy, sam.

Gdybyś miał jedną osobę, której możesz pokazać ten czat, zajęłoby to cztery minuty zamiast czterech dni. Nie dlatego, że on jest mądrzejszy od ciebie. Dlatego, że on czyta to o osiemnastej, na trzeźwo, bez tego całego ciężaru, i mówi ci jedno zdanie w stylu „spoko, napisz jej w sobotę albo daj spokój”. I sprawa się kończy, bo wypowiedziałeś to na głos i przestało rosnąć.

Nie masz takiej osoby, więc rozmowa zostaje w tobie i krąży. To nie jest brak techniki. To jest to, że robisz to sam.

Jedna zasada zamiast dziesięciu technik

Zasada jest jedna: piszesz po to, żeby się zobaczyć. Samo pisanie ma was tylko doprowadzić do spotkania.

Większość rozmów, które umierają, umiera dlatego, że przez dwa tygodnie były miłe i o niczym. Dzień dobry, co słychać, co robisz, śmieszny obrazek, dobranoc. Nikt nie zaproponował nic konkretnego, więc nic konkretnego się nie wydarzyło, a znajomość wyparowała sama z siebie, bez żadnego dramatu.

To działa w drugą stronę też. Nie musisz odgadywać, czy ona jeszcze chce. Propozycja spotkania załatwia to za was oboje. Albo się umówicie, albo już wiesz.

W praktyce ta zasada znaczy tyle, że wiadomości jest mniej, a propozycja pada wcześniej, niż ci się wydaje właściwe. Nie po dwóch tygodniach rozgrzewki. Po dwóch, trzech dniach, kiedy jeszcze pamiętacie, skąd się w ogóle znacie.

I odpada ci przy okazji cała ta robota z wymyślaniem, o czym pisać jutro. Nie musisz być codziennie ciekawy przez ekran. Masz jedną rzecz do załatwienia i albo się ją da załatwić, albo nie.

I teraz to, czego tu nie będzie.

Nie każę ci milczeć na złość, żeby „zaczęła się zastanawiać”. Nie każę ci wrzucać zdjęć z inną osobą, żeby coś poczuła. Nie każę ci grać w to, kto odpisze później. Faceci robią te rzeczy od dwudziestu lat i najczęściej kończy się tym, że mają o jedną rozkminę więcej.

Twój ruch na jutro jest jeden.

Jedno zdanie z konkretem. Dzień, godzina, miejsce.

„W sobotę o siedemnastej jestem w kawiarni koło twojej pracy, wpadniesz na pół godziny?”

Bez „hej, co słychać”. Bez „widzę, że nie odpisałaś”. Bez tłumaczenia się, bez przepraszania za poprzednią wiadomość, bez pytania, czy coś się stało.

Potem wyciszasz tę rozmowę na dobę.

To nie jest gierka, bo ona się o tym nie dowie. Wyciszasz dla siebie, żeby nie sprawdzać telefonu czterdzieści razy między jednym a drugim. Głowa i tak będzie chciała sprawdzać, ale bez powiadomienia robi to rzadziej.

Jak odpisze, macie termin i jest o czym myśleć. Jak nie odpisze, to też jest odpowiedź, tylko nieprzyjemna, i nie musisz jej rozszyfrowywać. Nie ma ukrytej wersji, do której masz się dokopać.

I na tym twoja robota się kończy. Jedno zdanie, wyciszona rozmowa, idziesz spać.

Ile razy dzisiaj otworzyłeś ten czat?

Czytaj dalej: Ona nie odpisuje od dwóch dni. Pytasz raz, nie trzy razy oraz Dlaczego znajomość gaśnie po dobrym spotkaniu. Szerzej i po kolei opisuje to poradnik Znajomość gaśnie po trzecim spotkaniu. Ten temat rozwija książka „Między spotkaniami”.

Podeślij komuś, kto to zna: