Przejdź do treści

Blogok. 5 min czytania

Dwadzieścia odmów w jeden dzień. Co jest ze mną nie tak

Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki

Sobota, kwadrans po ósmej wieczorem. Idziesz do domu pieszo, chociaż autobus odjeżdżał za pięć minut.

Nie wsiadłeś, bo w autobusie jest jasno i ludzie widzą twarze.

Liczyłeś dzisiaj. Dwadzieścia zaczętych rozmów, dwadzieścia zakończonych w pół minuty. Część grzecznie. Jedna z uśmiechem, który zabolał najbardziej. Dwie tak, że pieką do teraz.

Gdzieś przy piętnastej przestałeś czuć cokolwiek poza tym, że trzeba dobić do dwudziestu. Bo taki był plan. Bo podobno tak się to ćwiczy.

Teraz idziesz z zaciśniętym gardłem i mokrymi oczami i pilnujesz, żeby nikt z naprzeciwka tego nie zobaczył.

A w głowie jedno pytanie, w kółko to samo: co jest ze mną nie tak.

Jak przestać brać to do siebie

Pół godziny później siedzisz w kuchni, wciąż w kurtce, i z całego dnia umiesz wycisnąć jedno pytanie: jak przestać brać te odmowy do siebie. Nie dlaczego boli. Nie czy ten plan miał sens. Tylko jak zrobić, żeby przestało boleć.

Ten sposób myślenia ma swój słownik. W poradnikach o podrywaniu wyjście na miasto po to, żeby zagadywać obce kobiety, nazywa się treningiem, a odmowa jest punktem w statystyce. Popatrz, co robi taki język: cudze „nie” staje się liczbą w grze, żeby nie trzeba było go czuć. To nie jest przypadek i zaraz do tego wrócimy.

Popatrz jeszcze raz na ten dzień. Dwadzieścia podejść i mokre oczy w drodze do domu. A jedyne pytanie, jakie umiesz do tego dodać, brzmi: jak nie brać tego do siebie.

Płaczesz. I pytasz, jak przestać czuć.

Dwadzieścia odmów w jedno popołudnie to nie jest trening

Ktoś ci powiedział, że liczby załatwią sprawę. Że odmowa jest jak powtórzenie na siłowni: im więcej, tym grubsza skóra. Więc chodziłeś i zbierałeś.

Tylko że skóra nie grubieje. W człowieku nie ma miejsca, które twardnieje od odmów. Potrzeba bycia przyjętym nie jest mięśniem. Każde „nie” trafia w ten sam punkt co poprzednie, a ten punkt nie ma kiedy się zagoić, bo za trzy minuty jest następne podejście.

Na siłowni po serii jest przerwa. Tu przerwy nie ma.

To, co dzieje się przy piętnastym podejściu, kiedy przestajesz cokolwiek czuć, to nie jest postęp. To znieczulenie. Organizm odcina czucie, bo nie nadąża. A wieczorem, kiedy robi się cicho i nikt już nie patrzy, rachunek przychodzi w całości. Stąd łzy w drodze do domu.

One nie są słabością. Są normalną reakcją na dzień, w którym dwadzieścia razy z rzędu usłyszałeś „nie”. Dziwna byłaby dopiero ich nieobecność.

Pytanie jest źle zaadresowane

Wracasz z takiego dnia i szukasz usterki w sobie. Rozumiem, czemu tam jej szukasz. Odmowy przyszły z dwudziestu różnych stron, a ty jesteś jedynym wspólnym mianownikiem. Wygląda na matematykę.

Ale w tym równaniu jest jeszcze jedna wspólna zmienna: metoda.

Dwadzieścia zaczepień obcych kobiet w jedno popołudnie to sytuacja, w której większość rozmów kończy się odmową niezależnie od tego, kto podchodzi. Zagadnięta na ulicy osoba najczęściej gdzieś idzie, spieszy się, ma słuchawki, ma swój dzień. Jej „nie” mówi o tej jednej minucie jej życia, nie o tobie. Ustawiłeś sobie dzień, w którym wynik był przesądzony, a potem wziąłeś ten wynik jako diagnozę o sobie.

Człowiek, którego boli po takim dniu, nie jest zepsuty. Boli go dokładnie to, co powinno boleć. Zepsuta jest metoda, która wymaga, żeby przestało boleć.

Teraz mniej przyjemna rzecz. Tych dwudziestu odmów nikt ci nie zadał. Sam wyznaczyłeś sobie tę liczbę. Trochę dlatego, że dawała poczucie, że coś robisz. A trochę dlatego, że każde kolejne podejście było szansą na wymazanie poprzedniego. Tak samo gra się dalej po przegranej, żeby odegrać straty. Dwudzieste rozdanie prawie nigdy nie odrabia dziewiętnastu.

Spróbuj jeszcze czegoś. Wyobraź sobie, że taki dzień opowiada ci kolega. Dwadzieścia odmów, łzy w drodze do domu, pytanie, co jest z nim nie tak. Co byś mu powiedział? Na pewno nie to, co mówisz sobie. Powiedziałbyś mu, żeby przestał się tak katować. I miałbyś rację.

Najcięższy moment jest po powrocie

Znasz też drugi odruch. W nocy wrzucasz do internetu pytanie, czy ktoś ma tak samo i czy ktoś da jakąś radę.

Pytasz anonimowych ludzi w internecie. Nie kolegę, nie brata, nikogo przy stole. Prawdopodobnie dlatego, że przy żadnym stole nie możesz tego powiedzieć. Najcięższe w tych wieczorach nie są odmowy, tylko to, że nie masz ich komu opowiedzieć. Odmowa boli godzinę. Samotność z nią boli cały czas.

Dlatego zanim cokolwiek zmienisz w samych podejściach, znajdź jedno miejsce, w którym możesz powiedzieć prawdę o takim dniu. Kolega, brat, ktokolwiek, kto nie odpowie śmiechem. Jedna szczera rozmowa robi więcej niż dziesięć poradników.

I coś jeszcze, całkiem serio. Jeśli takie wieczory się powtarzają, jeśli ściśnięte gardło nie puszcza do rana, jeśli przestały cię cieszyć także rzeczy, które zawsze cieszyły, to może już nie być kwestia podejść. Sprawdź, kiedy to przestaje być nieśmiałość, i potraktuj to poważnie. Rozmowa z kimś, kto zajmuje się tym zawodowo, nie jest kapitulacją. Ze złamaną nogą idzie się do ortopedy i nikt nie nazywa tego przegraną.

Jedna rzecz na jutro

Jutro nie podchodzisz do nikogo. To jest zadanie, nie przerwa w zadaniu. I będzie trudniejsze, niż brzmi, bo głowa powie ci, że dzień bez podejść to dzień stracony.

Zamiast tego napisz do jednej osoby, której mógłbyś opowiedzieć o tym dniu. Kolega, brat, ktoś, kto nie odpowie śmiechem. Jedna wiadomość z konkretnym dniem: „miałem w sobotę kiepski dzień i chcę ci o nim opowiedzieć. masz czas w środę po pracy?”

Nie musisz pisać, o co chodzi. Wystarczy, że umówisz rozmowę.

Bez poprawiania wiadomości dziesięć razy. Wysyłasz i odkładasz telefon.

Chodzi o jedno. Do tej pory taki dzień kończył się w kuchni, w kurtce, sam na sam z pytaniem, co jest z tobą nie tak. Od jutra może się kończyć rozmową z kimś, kto zna cię dłużej niż dwadzieścia obcych osób z jednego popołudnia. Jedna taka rozmowa nie naprawia wszystkiego, ale odwraca kierunek.

Kto był ostatnią osobą, której powiedziałeś prawdę o takim dniu?

Czytaj dalej: dlaczego sam zestaw tekstów nic tu nie załatwi oraz kumple, którym można opowiedzieć taki dzień. Spokojniejszą drogę opisuje poradnik Randki po trzydziestce. Ten temat rozwija książka „Trzy spotkania”.

Podeślij komuś, kto to zna: