Przejdź do treści

Blogok. 4 min czytania

Przeczytałem wszystko o podrywie i nadal nie zagadałem

Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki

Sobota, wpół do drugiej po południu. Galeria handlowa, ludzie z torbami, ktoś odciąga dziecko od wystawy z klockami.

Wyszedłeś z planem. Dzisiaj to się w końcu wydarzy.

Idziesz do końca pasażu, zawracasz, idziesz z powrotem. Przy drugim okrążeniu wyjmujesz telefon, żeby wyglądało, że gdzieś idziesz, a nie że krążysz. Wchodzisz do sklepu, chociaż niczego nie potrzebujesz, bo w sklepie można stać bez powodu.

Mija godzina. Mija druga.

Wracasz do domu, siadasz na łóżku w kurtce i liczysz. Zero. Ani jednej osoby.

A przecież wiedziałeś, co robić. Od czego zacząć, o co zapytać, ile trzymać wzrok, co powiedzieć, jak się zatrzyma, co zrobić, jak nie. Miałeś to poukładane od miesięcy. Spokojnie umiałbyś to komuś wytłumaczyć.

I nic z tego nie wyszło ci z ust przez dwie godziny.

W piątek przy laptopie wszystko się zgadzało

Plan powstał w piątek wieczorem i wyglądał na łatwy. Dziesięć zagadań, każde od głupiego pytania o jakiś sklep albo bankomat. Wyszło zero. Ta przy fontannie, ta przy automacie z biletami, ta, która stała pod rozkładem seansów w kinie. Do żadnej.

Przed tym wyjściem był rok czytania. Po nim dwie godziny chodzenia.

Przy laptopie wszystko wygląda prosto, bo tam każde podejście kończy się dobrze. Żadne się nie zaczyna, więc żadne nie może pójść źle.

Czytanie jest bezpieczne, wyjście nie

Czytanie ma jedną wygodną cechę. Brzmi to trochę jak zarzut, ale nim nie jest: podczas czytania nic nie może pójść źle.

Otwierasz kolejny poradnik, czytasz czterdzieści minut, zamykasz laptopa. Wieczór zaliczony. Nikt nie odwrócił wzroku, nikt nie odburknął, nikt nie odszedł w środku twojego zdania. Wstajesz od tego z poczuciem, że posunąłeś się o kawałek do przodu, i to poczucie jest prawdziwe. Tylko dotyczy czego innego, niż myślisz. Posunąłeś się w wiedzy o temacie. Na ulicy stoisz dokładnie tam, gdzie rok temu.

Tyle że im więcej przeczytasz, tym trudniej potem wyjść.

Bo po roku czytania nie masz już w głowie zwykłego zagadania. Masz obraz tego, jak to powinno wyglądać. Kiedy się odezwać, żeby nie za wcześnie. Czego nie mówić na wstępie. Jak nie wyjść na kogoś, kto zaczepia ludzi na ulicy. To wszystko musi zagrać naraz, a w galerii o wpół do drugiej nigdy nie gra. Zawsze jest za dużo ludzi, albo ona idzie za szybko, albo ma słuchawki, albo ty akurat trzymasz reklamówkę i wyglądasz nie tak.

No i czekasz na wersję z książki. Ona nie przyjeżdża.

Jest jeszcze rozmiar planu. Dziesięć zagadań. Niby rozsądnie, a takiego celu nie da się nawet zacząć, bo przy pierwszej osobie wisi nad tobą jeszcze dziewięć następnych. Zanim otworzysz usta, już wiesz, że nie dowieziesz. Robisz to samo co przy odkładaniu tego, aż zrobisz formę, tylko szybciej. Stawiasz sobie warunek nie do spełnienia i, no cóż, masz spokój na dziś.

Nie szukaj w tym wady charakteru, bo jej tam nie ma. Zrobiłeś dokładnie to, co ci wszyscy kazali. Przygotowałeś się. Nikt ci tylko nie powiedział, że przygotowanie i wyjście są dwiema osobnymi rzeczami. Możesz powtarzać pierwszą przez rok, a druga od tego sama się nie wydarzy.

Nie ma też jednej rzeczy, po której to nagle puści. Jest tylko pierwsze zdanie powiedziane na głos do kogoś, kto się go nie spodziewał.

Jedno zamiast dziesięciu

Jutro wychodzisz i masz limit. Żadnego wielkiego celu.

Limit brzmi: jedna osoba. Jedna, i wracasz do domu. Nawet jeśli po tej jednej poczujesz, że dałbyś radę drugą. Wracasz.

To górna granica, a nie minimum do odhaczenia, i w tym siedzi cała różnica. Dziesięć jest obietnicą na potem. Jedna osoba to coś, co zrobisz albo czego nie zrobisz w ciągu najbliższych dwudziestu minut.

Teraz konkretnie.

Dziś wieczorem nie czytasz o tym nic. Ani jednego poradnika, ani jednego filmu. Zamiast tego piszesz do jednego kumpla. Jedna wiadomość: „jutro o siedemnastej idę do galerii na dwadzieścia minut. mam zagadać do jednej osoby i wracam. napiszę ci, jak poszło”.

Tak, na ekranie wygląda to głupio. I dlatego działa lepiej niż plan w głowie. Przed samym sobą łatwo się wymigać. Przed kumplem, który wieczorem zapyta „no i?”, trudniej.

Miejsce bierzesz to samo co w sobotę. Ta sama galeria, ta sama fontanna. Do kogo i jakim zdaniem? Nieważne. Pytanie o seans w kinie, o to, czy automat z biletami w ogóle działa. Jutro nie masz nikogo poznawać. Masz sprawdzić jedną rzecz: da się otworzyć usta do człowieka, który się tego nie spodziewa, i nic strasznego po tym nie następuje. Świat idzie dalej. Ty idziesz do domu.

Wychodzisz na dwadzieścia minut, nie na dwie godziny. Dwie godziny to jest czas na wahanie. Dwadzieścia minut to za mało czasu, żeby się rozmyślić.

Jak wrócisz, wyślij mu jedno słowo: było. Za tydzień sam zaczniesz to sobie umniejszać, a w telefonie zostanie, że było.

Ile z tego wszystkiego, co wiesz o zagadywaniu, powiedziałeś kiedykolwiek na głos?

Czytaj dalej: wyjazd tam, gdzie nikt cię nie zna, i dalej nic oraz Widujesz ją od pół roku i dalej nie powiedziałeś cześć. Szerzej opisuje to poradnik Randki po trzydziestce. Ten temat rozwija książka „Trzy spotkania”.

Podeślij komuś, kto to zna: