Samotność po trzydziestce, która nagle zaczyna dusić
Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki
Niedziela, wpół do ósmej wieczorem. Masz trzydzieści jeden lat i pierwszy raz samotność nie jest tłem, tylko czymś, co stoi z tobą w kuchni.
Otwierasz lodówkę i zamykasz ją, bo niczego z niej nie chciałeś. W mieszkaniu jest cicho. Telefon leży ekranem do dołu, bo i tak od dwóch dni nikt nie napisał.
Znasz ten stan od lat. I latami jakoś szło. Praca, serial, siłownia, niedziela, poniedziałek. Samotność była jak szum lodówki. Słychać, ale da się z tym żyć.
Od kilku tygodni się nie da.
Sprawdzasz aplikację randkową, którą instalowałeś już trzy razy. Przesuwasz chwilę bez przekonania i zamykasz. Oglądasz relacje ludzi z pracy, ktoś jest na weselu, ktoś nad jeziorem. Odkładasz telefon jeszcze głębiej w kanapę.
Przecież nic się nie zmieniło. Ta sama praca, to samo mieszkanie, ci sami ludzie wokół, czyli prawie nikt. A jednak siadasz wieczorem i czujesz ciężar, którego wcześniej nie było. I kurczę, nie umiesz już odwrócić od niego uwagi.
I nie wiesz, dlaczego akurat teraz. To chyba przeraża najbardziej.
Moment, którego nikt ci nie nazwał
Niedziela, wpół do piątej, a za oknem już szaro. Leżysz na kanapie, serial leci trzeci odcinek z rzędu i nagle wyłączasz go w połowie, bo pierwszy raz mówisz to sobie wprost: zaczyna mnie to dusić. Zaraz za tym przychodzi druga myśl, cichsza i gorsza: trzydzieści jeden lat, zostało mi parę dobrych lat i tyle.
Najważniejsze słowo to „zaczyna”. Samotność nie męczyła cię tak od zawsze. Latami dawało się z tym żyć, a potem nagle przestało. Bez rozstania, katastrofy czy jednego wielkiego wydarzenia. Któregoś dnia stary sposób już nie zadziałał.
Dlaczego dusi dopiero teraz
Bo samotność przez długi czas ma czym się znieczulać.
Na studiach mówisz sobie, że to jeszcze nie ten etap. Po studiach, że najpierw praca. Potem, że najpierw mieszkanie, potem forma, potem spokojniejszy okres w robocie. Każdy rok ma wbudowaną poczekalnię i w tej poczekalni da się siedzieć całkiem wygodnie. Nie jesteś sam, tylko czekasz. To brzmi zupełnie inaczej.
Tylko że poczekalnie się kończą. Koledzy zniknęli w związkach jeden po drugim i nagle nie ma z kim wyjść nawet na piwo. Na weselu siedzisz przy stole obok par i patrzysz, jak inni się bawią. Rodzina pyta coraz ostrożniej. Albo przestała pytać, co jest jeszcze gorsze, bo znaczy, że coś sobie już o tobie ustalili.
Jest jeszcze widok za oknem. W sklepie stoisz w kolejce za parami z wózkami. Na klatce mijasz sąsiada w twoim wieku, który niesie fotelik samochodowy, coś mówi do kogoś przez telefon, znika za drzwiami. Świat wokół jakby równo ruszył do przodu, a ty stoisz z tą samą siatką zakupów co pięć lat temu.
I pewnego wieczoru orientujesz się, że wymówki się skończyły. Został sam stan. Ten sam co zawsze, tylko już niczym nie przykryty. Dlatego czujesz go teraz tak mocno, chociaż na zewnątrz nie wydarzyło się nic nowego. To nie samotność urosła. To znieczulenie się skończyło.
Licznik, który sam sobie włączyłeś
Wróć do tej drugiej myśli z kanapy: „zostało mi parę dobrych lat”.
Masz w głowie licznik. Licznik odlicza do jakiejś bramki, trzydzieści pięć, może czterdzieści, po której podobno nic już nie będzie możliwe. Skąd wziąłeś tę datę? Znikąd. Sam ją sobie wyznaczyłeś i sam teraz przed nią uciekasz.
Ta bramka nie istnieje. Ludzie poznają się po trzydziestce, po czterdziestce, po rozwodach, na nowo. Pewnie nawet to wiesz. Problem w tym, że licznik i tak robi swoje.
Bo licznik zamienia każdy pusty weekend w stratę. Nie masz już zwykłego wolnego wieczoru, masz kolejny wieczór odjęty z puli. Każda znajomość robi się egzaminem ostatniej szansy. A pod taką presją nawet proste rzeczy przestają być proste: trudniej zagadać, trudniej się umówić, trudniej być przy kimś normalnym. Licznik, który miał cię pogonić do działania, głównie dokłada ci ciężaru.
I jeszcze jedno. Licznik każe ci mierzyć całe życie jedną miarą. Wszystko, co w nim jest, praca, którą ogarniasz, rzeczy, których się nauczyłeś, ludzie, którym pomogłeś, przestaje się liczyć. Liczy się jedna rubryka, a ta rubryka jest pusta. Tak się nie da uczciwie patrzeć na własne życie i po takim patrzeniu każdy miałby dół.
Najcięższe jest to, że nikt o tym nie wie
Z zewnątrz funkcjonujesz. Chodzisz do pracy, odpisujesz na grupie, przynosisz prezenty na święta. Gdyby zapytać ludzi z twojego otoczenia, powiedzieliby, że u ciebie wszystko gra.
Bo nikt nie widzi niedzielnych wieczorów. A ty nie mówisz. Facetowi jakoś nie przechodzi przez gardło zdanie „jestem samotny i to mnie zjada”, więc nie masz komu o tym powiedzieć i niesiesz to sam. Latami. To osobny ciężar, czasem większy niż sama samotność.
W poniedziałek ktoś w kuchni w pracy zapyta, co tam w weekend. Powiesz, że spokojnie, że odpoczywałeś. To nawet nie jest kłamstwo. To jest skrót, który z każdym tygodniem robi się dłuższy o wszystko, czego nie mówisz.
Ten stan karmi się ciszą, a ty po trochu ją współtworzysz. Kiedy coś się trafia, wyjście po pracy, czyjeś urodziny, głupi mecz u kogoś na kanapie, odmawiasz, bo nie masz siły. W sumie trudno się dziwić. Potem jednak siedzisz w domu z żalem, że nikt się nie odzywa. Nie robisz tego specjalnie i nie jesteś niczemu winny. Tyle że koło można zatrzymać tylko z twojej strony, bo inni nawet nie wiedzą, że ono się kręci.
Jedno zdanie na osobny temat: jeśli ten dół trzyma cię od tygodni i zabiera rzeczy, które kiedyś działały, sen, jedzenie, robotę, to rozmowa z lekarzem albo psychologiem nie jest przesadą, tylko normalnym ruchem.
Jedna rzecz na dziś wieczór
Wybierz jednego człowieka, z którym kiedyś było ci dobrze. Kumpel ze studiów, ktoś z dawnej pracy, kuzyn. Jeden, konkretny, z imienia.
Napisz do niego dwa zdania. Pierwsze: zwykłe „co tam u ciebie”. Drugie: jedno wspomnienie, które was łączy. „Przypomniało mi się, jak wracaliśmy z tamtej majówki golfem bez tłumika.”
Bez tłumaczenia się z milczenia. Bez „sorry, że się nie odzywałem”. Ludzie prawie nigdy nie prowadzą rejestru, kto się do kogo nie odzywał. Większość z nich siedzi w swoich własnych poczekalniach i taka wiadomość częściej ucieszy, niż zdziwi.
Może odpisze po godzinie i wciągniecie się w rozmowę o starych czasach. Może rzuci dwa zdania, bo ma małe dziecko i osiem innych rzeczy na głowie. Albo nie odpisze. Trudno. Najważniejsze, że pierwszy raz od tygodni to ty odezwałeś się pierwszy, zamiast czekać z telefonem ekranem do dołu.
To nie jest lekarstwo na samotność, wiadomo. To jest jeden telefon mniej leżący ekranem do dołu. Od czegoś takiego zaczyna się każde wyjście z ciszy.
Ile niedzielnych wieczorów w tym miesiącu wyglądało jak ten z początku tego tekstu?
Czytaj dalej: Nie mam z kim o tym porozmawiać i to boli najbardziej oraz Nie masz z kim wyjść na miasto. Jak znaleźć jedną osobę. Szerzej i po kolei opisuje to poradnik Skąd wziąć znajomych po trzydziestce. Ten temat rozwija książka „Paczka”.
A jeśli ten dół zrobił się zbyt ciężki, żeby nieść go w pojedynkę, zadzwoń pod 116 123, telefon zaufania, bezpłatny i czynny całą dobę.