To nie jest lęk przed kobietami. Milkniesz też przy kumplach
Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki
Sobota, dwudziesta trzecia. Klub, ta część przy barze, gdzie jest trochę ciszej. Stoisz z kuflem, ubrany dobrze, przed wyjściem sprawdziłeś się w lustrze i było w porządku.
I ktoś na ciebie patrzy. Nie wymyślasz sobie tego, dziewczyna po drugiej stronie sali spojrzała drugi raz i to nie był przypadek.
Wiesz, co teraz zrobić. Cały internet też wie, no jasne.
Tylko twój problem tego wieczoru zaczął się wcześniej i wcale nie przy niej.
Zaczął się przy stoliku, dwadzieścia minut temu, kiedy siedziałeś z trzema osobami, które znasz od lat. Rozmowa szła. Ktoś opowiadał o pracy, ktoś się śmiał, ty się śmiałeś w dobrych miejscach i kiwałeś głową.
I nagle łapiesz się na tym, że od dłuższego czasu nie powiedziałeś nic. Ani słowa.
Nie dlatego, że się bałeś. Znasz tych ludzi, nie masz się przy nich czego bać. Po prostu nie miałeś nic do dorzucenia.
Więc wziąłeś telefon i przez trzy minuty przewijałeś coś, czego nawet nie czytałeś.
To nigdy nie był problem z kobietami
Wróć do tych trzech minut z telefonem. Przy stoliku nie było żadnej dziewczyny. Byli ludzie, z którymi jeździłeś na działkę i nosiłeś meble przy przeprowadzkach, a słowa i tak skończyły ci się, zanim ktokolwiek spojrzał na ciebie z drugiego końca sali.
W tych trzech minutach masz całą odpowiedź. Tylko łatwo jej nie zauważyć.
Bo cała ta nisza ustawia sprawę tak, jakby problem pojawiał się dopiero przy kobiecie. Że jest sobie facet, który normalnie funkcjonuje, ma tematy, gada z ludźmi, jest sobą, i wystarczy, że w promieniu dwóch metrów pojawi się kobieta, żeby wszystko wysiadło. Pod ten obraz sprzedaje się teksty na otwarcie, sposoby na pierwszą wiadomość i to, co powiedzieć, żeby zaintrygować.
Tylko u ciebie to nie wygląda tak. U ciebie rozmowa siada też przy koledze, którego znasz z podstawówki.
Czyli problem nigdy nie dotyczył wyłącznie kobiet. Chodzi o odzywanie się do ludzi, a przy kobiecie boli najmocniej, bo tu, wiesz, nagle coś od tego zależy.
No i masz złą oraz dobrą wiadomość.
Zła, bo żaden tekst tego nie załatwi. Możesz się nauczyć najlepszego pierwszego zdania na świecie i ono dowiezie cię do trzydziestej sekundy. Potem trzeba dalej rozmawiać, a to jest dokładnie ta czynność, która ci nie wychodzi przy stoliku z kumplami.
Dobra, bo rzecz, którą masz też z kumplem z podstawówki, możesz ćwiczyć z kumplem z podstawówki. Bez klubu. Bez soboty. Bez tego, żeby cokolwiek od tego zależało.
Zobacz, jak dokładnie kończy się ta rozmowa
Przypomnij sobie ostatnie spotkanie ze znajomymi. Powoli.
Ktoś pyta: co słychać. Mówisz: spoko, po staremu. Ktoś pyta: co w pracy. Mówisz: normalnie, to samo. Ktoś pyta: byłeś gdzieś ostatnio. Mówisz: nie, siedziałem w domu.
Trzy pytania, trzy odpowiedzi i wszystkie zamknięte. Rozmowa nie ma się od czego odbić.
Po czwartej takiej odpowiedzi drugi człowiek przestaje pytać. Nie dlatego, że cię nie lubi. Dlatego, że zaczyna się czuć, jakby cię przesłuchiwał, a nikt nie chce być tym, kto przesłuchuje kolegę przy piwie.
Ty siedzisz i myślisz, że jesteś nudny. On siedzi i myśli, że cię męczy. Obaj się mylicie i obaj milkniecie.
Nie jesteś nudny. Oddajesz same krótkie piłki, a potem wyciągasz z tego wyrok na swój temat.
Jest jeszcze druga część tego samego. Ty na te pytania odpowiadasz i nie oddajesz nic z powrotem. Nie pytasz jego o tę pracę, o której właśnie mówił. Więc rozmowa idzie tylko w jedną stronę i po chwili się wyczerpuje, bo tak działa każda rozmowa, w której jeden człowiek robi całą robotę.
I jak to trwa latami, w pewnym momencie przestaje przypominać nieśmiałość i zaczyna wyglądać po prostu na przyzwyczajenie. Milczenie też się utrwala. Każdy wieczór, w którym nic nie powiedziałeś, robi cię odrobinę lepszym w niemówieniu.
Da się to odkręcić. Ale chyba nie w klubie, w sobotę o dwudziestej trzeciej.
Jedna rzecz na jutro
Jutro, w rozmowie ze znajomym, dorzuć do jednej odpowiedzi jedno zdanie więcej.
Kiedy ktoś zapyta „co słychać”, nie kończ na „spoko”. Powiedz „spoko” i dorzuć jeden konkret z ostatnich dni. Byle jaki, nawet głupi.
„Spoko, tylko w czwartek zdechła mi lodówka i od trzech dni jem z patelni.”
„Spoko, sąsiad wierci od tygodnia i chyba buduje tam basen.”
Konkret nie musi być ciekawy. Ma być konkretny. Zepsuta lodówka daje drugiej osobie pięć rzeczy, o które może zapytać. „Po staremu” nie daje ani jednej, więc rozmowa umiera nie z twojej winy, tylko z braku materiału.
Jedna odpowiedź i jedno zdanie więcej. Na jutro wystarczy.
I rób to przy kimś, kogo znasz od lat, przy kim nic nie ryzykujesz i kto nie zauważy, że w ogóle coś robisz. To jest jedyne miejsce, gdzie da się to przećwiczyć za darmo.
Za tydzień dorzuć drugie zdanie. Za dwa zauważysz, że po twoim konkrecie ktoś zadaje pytanie, i że rozmowa poszła dalej sama.
A tamta sobota w klubie poczeka. W sumie wcale nie chodziło o nią. Chodziło o te trzy minuty z telefonem przy stoliku, przy ludziach, których znasz od lat.
Kiedy ostatni raz powiedziałeś komuś coś konkretnego o swoim tygodniu?
Czytaj dalej: Ktoś pyta, co u ciebie, a ty nie masz nic do powiedzenia oraz jak wrócić do ludzi, kiedy przestałeś się odzywać. Szerzej opisuje to poradnik Skąd wziąć znajomych po trzydziestce. Ten temat rozwija książka „Paczka”.