Przejdź do treści

Blogok. 5 min czytania

Ona mówi, że ma blokadę, a ty nie wiesz, czy czekać

Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki

Niedziela, wpół do piątej po południu. Za dwie godziny ona musi być na busie.

Siedzicie u niej w kuchni. Jest dobrze, tak zwyczajnie dobrze, że łapiesz się na myśli, że tak mogłoby być zawsze. Kładziesz dłoń na jej dłoni. Przez sekundę jest ciepło.

A potem czujesz, jak ona delikatnie zabiera rękę. Nie gwałtownie. Po prostu ją wycofuje i wstaje nastawić herbatę, której nikt nie chciał.

I mówi, nie odwracając się od czajnika: to nie przez ciebie, ja tak mam.

Wracasz wieczorem swoje dziewięćdziesiąt kilometrów i przez całą drogę masz w głowie jedno pytanie w dwóch wersjach. Czekać? Odpuścić?

Sama ci to powiedziała

Wróć na chwilę do tamtej kuchni. To, co usłyszałeś przy czajniku, nie było pierwszym razem. Już wcześniej opowiadała ci o związku sprzed waszej znajomości, który skończył się źle. Że od tamtej pory nie umie nikomu zaufać. Że nie potrafi się zbliżyć i sama nie ma pojęcia, jak to zmienić.

Jedno zostaje w głowie: powiedziała to sama.

Nikt jej o to nie pytał. Sama nazwała rzecz, którą nosi. Wiesz, ile kosztuje powiedzenie komuś, na kim ci zależy, „nie umiem się zbliżyć i nie wiem, jak to zmienić”? Sporo. Wymówki zwykle brzmią gładko, a to zdanie brzmi jak coś, co ćwiczyła w głowie wiele razy, zanim w końcu odważyła się powiedzieć je na głos.

I jest jeszcze coś. Już dwa razy, niby mimochodem, dała ci do zrozumienia, że możesz odejść, kiedy chcesz, i że nie będzie miała żalu. Że przez to, co przeszła, czuje się przy tobie jak ktoś, kto ma mniej do zaoferowania.

Dwa razy proponowała ci wolność. Łatwo wziąć to za odpychanie, ale chyba chodziło o coś zupełnie innego.

Co ona dźwiga

Ktoś ją kiedyś złamał. Nie znasz szczegółów i nie musisz znać. Wystarczy ci skutek: zaufanie, które kiedyś było odruchem, teraz jest decyzją. I to taką, przy której coś w niej za każdym razem krzyczy, żeby nie.

Teraz spójrz na to „dam ci wolność” jeszcze raz. Ona nie mówi „odejdź”. Ona mówi: jestem popsuta, a ty jesteś w porządku, więc zasługujesz na kogoś, kto umie to, czego ja nie umiem. Weź wolność, póki nie utopiłeś we mnie za dużo czasu.

Tak nie mówi ktoś, komu wszystko jedno. Mówi tak raczej ktoś, komu zależy do tego stopnia, że woli cię stracić, niż potem zawieść.

Ty wracasz swoje dziewięćdziesiąt kilometrów i przerabiasz w głowie jej cofniętą rękę. Ona zostaje w tej kuchni i pewnie przerabia swoje: znowu się cofnęłam, znowu to zrobiłam, on w końcu odejdzie i będzie miał rację. Z tej samej niedzieli oboje wracacie zmęczeni. I wiesz, tobie może się wydawać, że dźwigasz sam, chociaż po drugiej stronie też trwa długa rozmowa we własnej głowie.

Ty to zresztą widzisz. Nie odchodzisz, bo nikogo takiego jak ona wcześniej nie spotkałeś. Nie jesteś ślepy na to, co dobre. Jesteś zmęczony tym, że dobre i trudne przychodzą tu w komplecie.

Czego nie robić

Nie naprawiaj jej. Serio. Nie jesteś od tego i nie umiesz tego, choćbyś chciał najmocniej na świecie. Zaufanie po krzywdzie wraca we własnym tempie, czasem z pomocą kogoś, kto zajmuje się tym zawodowo. Gdy naciskasz, nawet czule i w dobrej wierze, dajesz jej kolejny egzamin, którego boi się nie zdać.

Nie traktuj jej cofnięć jak oceny. Ręka, która się wycofała, nie wystawia ci stopnia. Kiedy raz się zbliża, raz znika, może przypominać kogoś, kto podchodzi do zimnej wody, odskakuje i za chwilę próbuje znowu. Za każdym takim podejściem stoi odwaga, której z zewnątrz po prostu nie widać.

I jedna rzecz niewygodna, o tobie, nie o niej. Sprawdź uczciwie, na co czekasz. Na nią? Czy na nagrodę za czekanie? Bo jeśli w środku prowadzisz rachunek, ile już włożyłeś i kiedy powinno się zwrócić, to ona ten rachunek poczuje, nawet jeśli nigdy nie powiesz o nim słowa. Czekanie z licznikiem nie jest cierpliwością. Jest kredytem, po który kiedyś przyjdziesz.

Czekać czy odpuścić to złe pytanie

W tym pytaniu obie odpowiedzi są o niej. Czekać, aż się zmieni. Odpuścić, bo się nie zmienia. Jest jeszcze trzecia droga, już o was: być bez odliczania.

Być, czyli widywać się w te niedziele, które są, a nie rozpaczać nad tymi, których nie ma. Pić herbatę w tej kuchni bez sprawdzania, czy dziś należy się coś więcej. Bliskość nie rośnie od naciskania. Rośnie od tego, że przy kimś można się nie pilnować, tak jak cisza, której nikt nie musi zapełniać.

Bez odliczania, czyli bez wewnętrznego kalendarza, w którym ona ma terminy do zaliczenia. Ona taki kalendarz wyczuje bezbłędnie i każdy termin będzie kolejnym powodem, żeby się cofnąć. Zresztą terminy działają w obie strony. Ciebie też trzymają w napięciu, bo co niedzielę sprawdzasz, czy jest postęp, jakby bliskość była tabelką wyników.

Przy czym być bez odliczania nie znaczy być bez granic. Masz prawo któregoś dnia poczuć, że nie masz już siły. I masz prawo to powiedzieć na głos, spokojnie, bez pretensji, bo czasem najuczciwsze, co można zrobić, to powiedzieć „nie daję rady” zamiast czekać z zaciśniętymi zębami i rosnącym żalem, który kiedyś i tak wyjdzie. Tylko że to zdanie mówi się jej, w tej kuchni. Nie sobie, w samochodzie, w połowie drogi.

Jedna rzecz na najbliższą niedzielę

Powiedz jej jedno zdanie. To: nigdzie mi się nie spieszy, jak coś będzie za szybko, po prostu mi powiedz.

I ani słowa więcej na ten temat. Nie rób z tego rozmowy o was, nie czekaj z napięciem na jej reakcję, nie dopowiadaj „bo wiesz, ja rozumiem, że ty”. Jedno zdanie i wracacie do herbaty.

Jej to zdanie zdejmuje z pleców egzamin, bo pierwszy raz od dawna ktoś mówi, że nie ma terminu. Tobie wyłącza licznik. Powiedziałeś to przecież na głos, więc teraz wypada się tego trzymać.

Umiesz być obok, nie licząc, ile to już trwa?

Czytaj dalej: Dziewczyna odwołała spotkanie trzy godziny przed oraz co robić, kiedy nagle przestała pisać. Po kolei opisuje to poradnik Znajomość gaśnie po trzecim spotkaniu. Więcej w książce „Między spotkaniami”.

Podeślij komuś, kto to zna: