Jak zaproponować spotkanie, zamiast pisać „musimy kiedyś”
Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki
Za dwa tygodnie Krystian bierze ślub, a z rozpiski stołów, którą jego narzeczona wrzuciła na grupę, wiesz, że ona siedzi trzy krzesła od ciebie. To samo wesele, ta sama sala, oboje tam będziecie, a jednak nic z tego nie wynika, bo nikt nie zamienił tego w plan, który należy do was dwojga. Zostaje tylko wspólna obecność w tym samym miejscu, przypadkowa, niezależna od żadnej decyzji. Tak działa „musimy się kiedyś spotkać”: brzmi jak propozycja spotkania, a niczego nie proponuje.
Zdanie, na które nie da się odpowiedzieć
Przyjrzyj się zdaniu „musimy się kiedyś zobaczyć” tak, jakbyś je widział pierwszy raz. Wygląda jak krok naprzód. Deklaruje chęć, brzmi ciepło. A teraz sprawdź, co da się z nim zrobić po drugiej stronie. Nie da się odpowiedzieć „tak”, bo nie wiadomo na co. Nie da się odpowiedzieć „nie”, bo nie ma czego odmówić. Da się je tylko odbić: no, musimy. I rozmowa wraca na swój tor, a obie strony mają poczucie, że temat został poruszony. Nie został. Zostało odegrane poruszenie tematu.
To zdanie nie jest zaproszeniem. Jest komunikatem: chciałbym, żeby coś się wydarzyło, ale nie biorę na siebie tego, żeby się wydarzyło. I nie bierze się to z lenistwa, tylko z prostej kalkulacji: konkretna propozycja może zostać odrzucona, „kiedyś” nie może, bo „kiedyś” niczym nie jest. Tam, gdzie nie można się pomylić, nie można też niczego zacząć.
Gorsza jest odmiana, która wygląda o klasę lepiej: „to kiedy masz czas”. Niby konkret, pada pytanie o termin. Tylko że całą robotę przenosi na nią. To ona ma przejrzeć swój tydzień, wymyślić plan, wziąć na siebie ryzyko, że propozycja będzie nietrafiona. Ty w tym czasie stoisz obok z założonymi rękami. To tak, jakby zaprosić kogoś na obiad i podać jej pusty garnek.
Sprawdzian z kalendarza
Jest prosty sprawdzian na każde z tych zdań: czy da się je wpisać do kalendarza. „Wpadnij kiedyś” się nie da. „Odezwij się, jak będziesz miała chwilę” też nie. Da się wpisać: czwartek, osiemnasta, ta knajpa przy twojej pracy. Jeśli twojego zaproszenia nie da się wpisać do kalendarza, to nie jest zaproszenie. To jest życzliwość, a życzliwości ma pod dostatkiem od cioci i od kuriera.
Prawdziwe zaproszenie ma trzy pola: co, kiedy, gdzie. I jedno zdanie od ciebie, dlaczego akurat to i dlaczego z nią, wzięte z waszej rozmowy, nie z powietrza. „Czwartek, osiemnasta, kino” mógłby wysłać każdy do każdej. Zdanie, które nawiązuje do czegoś, co tylko wy dwoje wiecie, może wysłać tylko ty. Ono mówi dwie rzeczy naraz: słuchałem cię, i to nie jest zaproszenie z łapanki.
Dołóż do tego dwie rzeczy. Dzień i godzina mają znaczyć dokładnie dzień i godzinę, nie „w przyszłym tygodniu” ani „po południu”, bo te formy zostawiają dokładnie taką samą furtkę, jak samo „kiedyś”. I lepiej wybrać miejsce, które umiesz zarezerwować od ręki, niż czekać na pomysł idealny. Idealny pomysł bez daty zawsze przegrywa z czymś zwyczajnym, co ma już ustaloną godzinę.
Obie strony wychodzą przekonane, że coś ustalono
Najbardziej podstępne w „kiedyś” jest to, że daje obu stronom coś w rodzaju pokwitowania. Ty masz poczucie, że zrobiłeś ruch, przecież powiedziałeś, że chcesz się spotkać. Ona ma poczucie, że ruch został zrobiony, przecież przytaknęła. Obie strony odchodzą od telefonów przekonane, że sprawa jest w toku. A sprawa nie jest w toku. Nie ma dnia, do którego można by się przygotować, nie ma godziny, którą można by przestawić, nie ma miejsca, które dałoby się sprawdzić w mapach. Jest tylko wspólnie podtrzymywana fikcja, że coś nadchodzi.
Ta fikcja potrafi żyć zaskakująco długo, bo obie strony ją karmią: ty kolejnym „musimy się zobaczyć”, ona kolejnym „no, koniecznie”. Aż w pewnym momencie jedno z was, zwykle to, które czekało na cudzy ruch, przestaje karmić. Nie ogłasza tego. Po prostu odpisuje później, krócej, rzadziej, i wtedy zaczyna się szukanie winy gdzie indziej, choć wina leży dokładnie tam, gdzie leżała od początku: w zdaniu, które nigdy nie stało się planem.
Sprawdź to u siebie
Otwórz swoją ostatnią rozmowę i policz, ile razy padło w niej „kiedyś”, „musimy się zobaczyć” albo „jak będę miał czas”, i ile razy którekolwiek z tych zdań zamieniło się w konkretny dzień z godziną. Jeśli wynik brzmi zero na kilka, to nie ona się nie wyrywa. To ty nie zaproponowałeś. Dopóki nie padło co, kiedy i gdzie, nie wiesz o tej znajomości nic pewnego, obojętnie ile wiadomości między wami przeleciało.
O tym, jak zbudować takie zaproszenie z własnego życia, a nie z cudzego szablonu, jest w czwartym rozdziale książki „Między spotkaniami”. Zaczyna się na zapleczu baru, nad pustym terminarzem, w którym jedna kratka od tygodnia świeci pusta.
Czytaj dalej: Piszecie od miesiąca i nie ma spotkania. Jak to zmienić oraz Jak zaprosić dziewczynę na randkę, kiedy nie wiesz dokąd. Szerzej i po kolei opisuje to poradnik Druga randka.