Przejdź do treści

Blogok. 4 min czytania

Szósty tydzień, czyli kiedy większość wraca do starego

Facet na serio to książki i blog dla facetów, którzy chcą z kimś być na serio. Zobacz książki

Wyciągasz karnet na ściankę z plecaka i wkładasz go do szuflady, tej z ładowarkami. Szósty tydzień. Nikt z grupy nie pyta, czemu cię nie było, a ty mówisz sobie w duchu, całkiem spokojnie: nie jestem o to zły, ani na nikogo, ani na siebie.

Brzmi spokojnie i właśnie ten spokój mówi więcej niż treść zdania. To nie jest wniosek. To jest ktoś, kto właśnie wrócił do miejsca, z którego chciał wyjść, i tłumaczy sam sobie, dlaczego to nie jest porażka, tylko po prostu tak ma być, bo przecież nie jest zły, więc chyba wszystko w porządku. Zna to każdy, kto próbował zmienić coś w sobie na dłużej niż tydzień. Wraca się nie pierwszego dnia, kiedy strach jest największy. Wraca się dokładnie wtedy, kiedy nikt tego nie przewidział.

Dlaczego akurat ten moment

Początek zmiany ma własne paliwo i to paliwo oszukuje. Przez pierwsze tygodnie napędza cię sama decyzja. Zapisałeś się gdzieś, wysłałeś pierwszą wiadomość do kogoś z dawnych lat, zrobiłeś pierwszy krok, i każda z tych rzeczy daje małą nagrodę od razu, ulgę, że w końcu coś robisz. Nowość też płaci natychmiast. Pierwsze wyjście jest wydarzeniem. Piąte jest zwykłym wtorkiem.

A potem te zaliczki się kończą. Nowość spowszednieje, ulga z samej decyzji wyparowuje, i zostaje sama robota, bez żadnej premii na start. I tu wychodzi na jaw niewygodna prawda o każdej zmianie: koszty płacisz codziennie, od pierwszego dnia, a efekty przychodzą z dużym opóźnieniem. Rozmowa z kimś nowym kosztuje nerwy dziś, a to, co z niej wyniknie, jeśli w ogóle coś wyniknie, przyjdzie po dziesiątkach takich rozmów, nie po trzech. Gdzieś między piątym a ósmym tygodniem te dwie krzywe rozjeżdżają się najszerzej. Paliwo startowe: zero. Wyniki: jeszcze zero. To nie jest twoja prywatna słabość. To jest rozkład jazdy, który zna każda siłownia: w styczniu tłok, w połowie lutego pusta sala.

Do tego dochodzi coś jeszcze cichszego. Stare wzorce nie znikają, tylko czekają, i wracają nie z siły starego nawyku, tylko z jednego słabego tygodnia. A twoje otoczenie, przez pierwsze miesiące, wciąż gra według starych zasad, bo nowych jeszcze nie widziało. Ktoś zadzwoni tak jak zawsze dzwonił, matka zapyta tym samym tonem co zawsze, i to jest mały egzamin, na który nikt cię nie uprzedzi: wejdziesz w starą rolę, bo podano ci ją gotową, czy odpowiesz inaczej, mimo że pytanie brzmiało po staremu.

Zdanie, które brzmi jak wniosek, a jest ucieczką

„To nie dla mnie” ma jedną właściwość, o której dobrze wiedzieć z góry: nie jest diagnozą. Jest znieczuleniem. Są dwa sposoby, żeby przerwać coś trudnego. Można przerwać, bo naprawdę zabrakło sił, i to boli, bo widzisz, co tracisz. Albo można orzec, że metoda nie działa, że jedni tak mają, a drudzy nie, i to wcale nie boli, bo brzmi jak spokojny wniosek z eksperymentu, a nie jak rezygnacja. Głowa zawsze podsunie ci tę drugą wersję, bo jest tańsza emocjonalnie. Tylko że eksperyment, który trwał sześć tygodni z planowanych kilku miesięcy, nie ma jeszcze żadnych wyników. Ma wyłącznie koszty, i to jest zupełnie inna sprawa.

Dobrze też wiedzieć, jak naprawdę wygląda krzywa postępu, bo w głowie masz pewnie obraz z reklam: co tydzień trochę lepiej, równo, schodek po schodku. Taki obraz nigdy się nikomu nie zdarzył. Prawdziwa krzywa wygląda jak zęby piły. Dobry tydzień, dobry tydzień, gorszy, znowu dobry, potem dwa słabe pod rząd. Dzień zawsze pokaże ci ząb, na którym akurat stoisz. Trend widać dopiero z miesiąca, nie z pojedynczego wtorku.

Sprawdź to u siebie

Pomyśl o ostatnim razie, kiedy porzuciłeś coś, co miało cię zmienić, i przypomnij sobie zdanie, którym to sobie uzasadniłeś. Sprawdź uczciwie, czy brzmiało jak spokojny wniosek, czy jak coś, co bolało. Jeśli brzmiało spokojnie i gładko, to prawdopodobnie było znieczuleniem, nie diagnozą, i zapamiętaj to na następny raz, bo następny raz przyjdzie.

Zwróć też uwagę, kiedy dokładnie to porzucenie nastąpiło. Prawie nigdy nie w najgorszym możliwym dniu, kiedy strach jest ogromny i świeży. Częściej w dniu zwyczajnie pustym, po dwóch cichych tygodniach z rzędu, kiedy stary, dobrze znany numer w telefonie zaczyna wyglądać jak najprostsze rozwiązanie na świecie. To nie przypadek. To rozkład jazdy, o którym pisałem wyżej, tylko widziany z innej strony.

Nawrót nie kasuje tego, co już zbudowałeś. Wraca się na starą koleinę, nie rozbiera się drogi, którą się szło wcześniej. O tym, jak wygląda cały rozkład dziewięćdziesięciu dni z uwzględnieniem tego dołka, i po czym poznać, że coś się jednak zmienia, zanim zmieni się cokolwiek na zewnątrz, jest w dziesiątym rozdziale książki „Facet, którego lubią, ale nie pragną”.

Jakim zdaniem uzasadniłeś sobie ostatnie porzucenie?

Podeślij komuś, kto to zna: